Bloog Wirtualna Polska
Są 1 259 782 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Gdy rodzic kocha za bardzo

środa, 25 sierpnia 2010 14:27

 

Mówi się, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. I wiele jest w tym prawdy. Dodałabym jednaj jeszcze że nadgorliwość i nadopiekuńczość. I że gdy kocha się za bardzo możemy wyrządzić ukochanej osobie więcej złego niż dobrego. A jeżeli jest to dziecko to krzywdy których możemy być sprawcami będą rzutować na całe przyszłe życie naszej pociechy.

 

Wyobraźcie sobie rodzinę. Ona, On i Ono. Wytęsknione, upragnione, wyczekane Ono. Zupełnie szczerze można powiedzieć, że Ono było wywalczone - wywalczone z naturą, medycyną i losem. Ale było. Z racji wywalczenia Ona i On od pierwszych dni na Ono dmuchają i chuchają. Postanawiają też wsadzić Ono pod klosz. Żeby krzywda żadna im go nie zabrała. W dmuchaniu i chuchaniu wtórują wszystkie ciocie i wujkowie kibicujący Jej i Jemu w staraniach by być rodzicem. I rosło Ono powoli w atmosferze miłości, która miłością niestety nie była... I jakoś pod tym kloszem wcale bardziej osłonięte od krzywd nie jest. Ono zaczyna chorować - alergie, astma, stany lękowe. Gdy Ono idzie do szkoły szybko okazuje się, że jest bardzo mądrym dzieckiem. Ale rodzice chcą więcej. Miło jest się pochwalić szóstkami na świadectwie. Ono siedzi całymi dniami i się uczy. Zamyka się na wszystko co nie jest jego światem. Stany lękowe się pogłębiają - Ono ma problem z wyjściem do rówieśników, moczy się nie tylko w nocy. Zaczyna palić papierosy. Ale wszystko jest w „porządku". Jest najlepszym uczniem w szkole. Dumą rodziców. Przykładnym i grzecznym dzieckiem. Na spotkaniach rodzinnych wszystkie ciocie są zachwycone. To nic, że Ono ma 16 lat. Siedzi na kolanach u kogoś z dorosłych i się przytula. Nie pije alkoholu, nie chodzi na imprezy, nie ma znajomych. A potem jest cios. Ono zdaje maturę wręcz idealnie. Ale na studia się nie dostaje. Zapada decyzja może trochę nieprzemyślana, a może taka, którą zmarnowano - Ono wyjeżdża zagranicę do rodziny by popracować przez rok i wrócić. Ale nie wraca. Dobrze mu jest pod skrzydłami bliskich. Niby uczy się samodzielności ale ta nauka idzie wolno i raczej nie zmierza w dobrym kierunku. Dalej mieszka z rodziną, dalej dzieli troski, radości, wydatki. Wie, że nie musi się o nic martwić - gdyby noga się mu podwinęła ma na kogo liczyć. Dlatego nie bardzo stara się być samodzielny i odpowiedzialny za swoje życie. Bliscy postanawiają mu pomóc. Zaczynają nowe życie i chcą by Ono też zaczęło żyć. Ale bez nich. Ono dostaje propozycję wynajęcia mieszkania. Jest euforia i radość. A potem cios kolejny. Rozmowa z rodzicami i zwrot o 180 stopni. Ono się nie wyprowadzi. Bo przecież mogłoby sobie nie dać rady. Minimum cztery razy dziennie dzwoni do rodziców i rozmawia po kilka godzin. W końcu dzieli ich tyle kilometrów i tęsknota jest czymś normalnym. Rozmawiają o tym co Ono zjadło, z czym były ziemniaki, co mu się śniło, co ma na sobie, jaka jest pogoda. Czasem po prostu przez godzinę milczą nie zrywając połączenia. Gdy Ono nie zadzwoni jest histeria i panika. Bo przecież zawsze dzwoni.

 

Ono ma 24 lata. Dalej się moczy i ma stany lękowe. Postanawia wrócić do rodziców. Ma marzenia i jego rodzice też je mają. Takie ładne marzenia - o pięknej żonie i gromadce dzieci. O pracy za niebotyczne wynagrodzenie. O zdobywaniu świata. Tylko Ono nie umie tego świata zdobyć. A jego rodzice mu na tę naukę nie pozwalają. Nie nauczono go relacji z ludźmi. Pod kloszem wszystko było cukierkowe i idealne. Nie takie jak w życiu. Ono nie potrafi zareagować na krytykę czy wymagania. Chce więcej ale walczyć o to nie umie. Chce żony modelki ale nie potrafi podejść do ludzi i przede wszystkim nie potrafi cenić sił na zamiary. Przez wszystkie lata było „zakochiwane na śmierć" w wyniku czego tak naprawdę nie żyje. Miłością, nadopiekuńczością i nadgorliwością zmarnowano coś co jest największym darem - życie i przyszłość tego młodego człowieka.  

 

Historia Jej, Jego i Ono jest prawdziwą historią. Ani jedna kwestia która została opisana nie jest wyssana z palca. Niektóre są tylko zarysowane, inne pominięte. Najważniejsza jest puenta, która ma z tej opowieści wyniknąć - we własnej miłości można tak bardzo się zagłębić że niechcący wyrządzamy komuś największą krzywdę w życiu. NIE UCZYMY GO ŻYĆ!!!

 

Mam nadzieję, że uda mi się nie popełnić podobnych błędów. I że Młody będzie szczęśliwym dzieckiem ale także szczęśliwym dorosłym. I że patrząc na Jego życie za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat nie będą pluła sobie w twarz.

 

Chętnych do zabrania głosu w dyskusji na ten temat zapraszam do odwiedzenia tej strony http://familie.pl/Forum-16-314/m277579.html

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Ciężkie jest bycie anioła czyli zupełnie w innym temacie

piątek, 20 sierpnia 2010 10:45

"Czy anioł może pozwolić sobie na chwileczkę zapomnienia? Zasadniczo nie. Powiem wam szczerze i zupełnie poważnie – ciężkie jest bycie anioła. A stróża to już w ogóle. Praca na trzy etaty – 24 godziny na dobę. Pół biedy jak dostaniesz pod skrzydła jakąś rozumną i rezolutną istotę. A jak trafi ci się jakiś oszołom, amator sportów i adrenaliny to pracy jest po same anielskie pachy. Latasz, szepczesz do ucha, naginasz to co można nagiąć, dwoisz się i troisz. Oczy trzeba mieć dookoła głowy. I wszystkie zmysły odpalone na maksimum. Bo „diabli” wiedzą co takiemu podopiecznemu przyjdzie do głowy. I kiedy.


Na moje nieszczęście właśnie taki egzemplarz trafił mi się po ostatniej zmianie. Nie powiem rozleniwiłem się po poprzedniku, który był statecznym człowiekiem i grzecznie dożył sędziwego wieku.  95 lat nudy sprawiły, że lekko skostniały mi skrzydła. Dodam, że 95 lat z jednym małym wyjątkiem – Bolo we wczesnym dzieciństwie postanowił raz jedyny polatać na latawcu dziadka i głupio wymyślił sobie że najlepszym miejscem na start jest dach stodoły, ale na jego i moje szczęście akurat były sianokosy. I dziwnym trafem wóz z kopą znalazł się we właściwym miejscu. Mój podopieczny dostał wtedy chyba tak porządnie w skórę, że odechciało mu się takich praktyk do końca życia.  


Myślałem, że teraz będzie tak samo. Początkowo zapowiadało się całkiem fajnie. Alanek był uroczym dzieciakiem, nie wkładał palców do kontaktów, na zewnątrz zawsze chodził za rękę. Rodziców też miał porządnych – fotelik, pasy, zdrowa żywność i te sprawy. Jak przystało na nowoczesnych i wykształconych dorosłych zawsze sprawdzali na sobie temperaturę wody w kąpieli oraz smak podawanego jedzenia. I minęło nam beztrosko te pierwsze 8 lat. Nawet anginy nie miał. Siedział całymi dniami nad atlasami i książkami lub jeździł samochodzikiem po pokoju. Często słyszałem jak jego rodzice śmieją się, że ich synek to ma ADHD ale w drugą stronę. I stałem sobie tak kolo niego i się nudziłem. Aż tu kurczę jakiś chrzestny z piekła chyba rodem wpadł na pomysł zakupienia Alankowi na komunię skutera. Ja wiem – postaw się a zastaw się. Ale aż mi anielskie oczy wyszły z orbit. Bolo to dostał nowe buty, a ten skuter. Alankowi oczy z orbit też wyszły, ale nie tak jak mi z przerażenia ale ze szczęścia. I po raz pierwszy zobaczyłem w nich to czego każdy miły i rozleniwiony anioł się boi – szał i nadchodzące problemy. Łudziłem się jeszcze przez chwilkę, znaczy się przez 6 lat bo rodzice Alanka nie pozwalali skutera ruszać dopóki Alanek nie zrobi karty rowerowej, ale co to jest 6 lat. Ledwo skrzydła rozprostowałem. I się zaczęło.


Siedzę właśnie za Alankiem i wchodzimy w zakręt ile fabryka dała. Ludzie – widzieliście kiedyś przerażonego anioła? Ja się przeraziłem swoim przerażeniem. Dobrze, że ten widok jest dla Alanka niedostępny. Zresztą on w lusterka nie zagląda więc nawet jakby mógł mnie zobaczyć to pewnie by nie zobaczył. Nie wiem co w tego dzieciaka wstąpiło ale z dnia na dzień przekonuję się do tego, że skutera raczej Bóg nie wymyślił. Raaaany. Na czerwonym przejechaliśmy. Bądź tu aniołem stróżem jak trzeba oprócz dzieciaka zmieniać światła na skrzyżowaniu i pilnować własnych anielskich czterech liter by nie spadły z siedziska. Znowu się zagapiłem. Albo lata nie te, albo z wprawy wyszedłem, albo za techniką nie nadążam. Powinni nam szkolenie zrobić. Ze skuterów, bungie jumping, deskorolek, quadów i innych nowości. A może najwyższy czas wybrać się na anielską emeryturę? Żeby anioł w moim wieku musiał na skuterze jeździć. Kto to widział. Albo wspinać się po skałkach. Nie na moje skrzydła te zabawy nowoczesnych dzieciaków. Jakby nie mógł Alanek wzorem swoich rówieśników siedzieć całymi dniami przed komputerem. Wiem, że są tacy podopieczni – czasami nocą, kiedy Alanek śpi, udaje mi się porozmawiać z innymi aniołami. Każdy prawie ma lajt. Ale nie ja. Mnie się musiał trafić okaz z piekła rodem. Preferujący zdrowy i aktywny tryb życia. Tylko dla kogo zdrowy? A dla kogo aktywny? Eh – ciężkie jest bycie anioła. A stróża to już w ogóle."

 


Więcej na http://familie.pl/Blogi-1-18/b250,Historia-nie-jedna-reka-pisana-familijny-blog-literacki.html


 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Starcie z koleją cd.

piątek, 20 sierpnia 2010 8:23

Nie wiem co ja mam z tym PKP tudzież ze spółkami córkami tej instytucji? Wychodzi ni mniej ni więcej że kolej mnie nie lubi i już. Ale do sedna. Jako, że jestem dobrym i przykładnym pracownikiem swojej firmy zgodziłam się odebrać po godzinach pracy przesyłkę konduktorską z pociągu. O 17:50 wyszłam z domu. Wiedziałam, że może być opóźnienie bo przedwczoraj na trasie Katowice - Tychy wykoleił się pociąg podmiejski i wszystko co jeździ torami musi jechać objazdem. Ale wszędzie udzielają informacji, że opóźnienia są rzędu do 40 minut. Stoję więc na tym peronie, wilki jakieś, zimno jak w listopadzie, czas mija, a pociągu jak nie widać tak nie widać. I nikt nic nie wie. Czekam godzinę, półtorej, Małżonek za mną wydzwania, lumpy jakieś dodają uroku dworcowi. Czekam dalej. Dwie godziny... nic. Łaskawie o 20:30 na peron wtoczyło się IC z Warszawy i mogłam przesyłkę odebrać. Nie żebym się nie cieszyła, że już dłużej czekać nie muszę. Ale siły na nic nie miałam. Gdy wróciłam do domu Młody już spał. Małżonek prawie też. To i mi nic innego nie pozostało jak również się położyć spać. A w nocy co rusz śniły mi się pociągi, że jadę i jadę i jadę... i dojechać nie mogę.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Sprawa wagi państwowej

czwartek, 19 sierpnia 2010 9:34

 

Nie jestem rodzicem tego typu, który rozmawia tylko o kaszkach i kupkach. Z prozaicznego powodu – Młody kaszy nie lubi. O drugiej sprawie jakoś głupio mi rozmawiać. Zresztą co to za temat? Choć czasami mam wrażenie, że najważniejszy na świecie. Pół biedy gdy „problem kupki” dotyczy maluchów – wysłucham, wtrącę co nie co by nie wyjść na gbura, ale zasadniczo oszczędzam relacji o kolorze, konsystencji i walorach zapachowych. Najczęściej opowiadam jak to Młody mnie ochrzcił. I na tym koniec. Gorzej jest jak ktoś próbuje ze mną porozmawiać o tym palącym problemie dotyczącym dorosłych osób. Nie wiem ale wychodzi na to, że chyba całe społeczeństwo cierpi na problemy z wypróżnianiem. Przynajmniej te społeczeństwo z którym ja mam „przyjemność” rozmawiać. Wysłuchuję więc na spotkaniach rodzinnych o zbawiennym działaniu błonnika, jednych czy drugich jogurtach, herbatkach, specyfikach dostępnych w aptekach i nie tylko, jakości papieru toaletowego i zastanawiam się czy my już nie mamy lepszych tematów do rozmów.

 

Jestem po urlopie. Na moje „szczęście” spędzałam go z większą częścią rodziny. Ale było fantastycznie - obowiązkowym punktem każdej rozmowy był jakże uroczy temat o fascynującym „problemie kupki”. Kto, ile, jak i po czym. Rany. Może jak sama będę miała lat 50 to zacznę też tak ględzić dzieciom oraz będę komunikowała wszem i wobec swoje szczęście z konieczności każdej wizyty w toalecie. Nie wiem – póki co nie czuję takiej potrzeby. Tak samo jak nie czuję potrzeby wiedzenia o „szczęściu” innych. Na domiar złego w telewizji o niczym innym jak o "nieczystościach" też nie mówiono. Oszaleli wszyscy czy co?

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

A gdyby tak...

środa, 11 sierpnia 2010 13:38

Po raz nie wiem który postanowiłam się za siebie wziąć. I na postanowieniu się skończyło. Fakt coś tam się stosuję do ustalonych zasad – ale sami wiecie jak to jest z zasadami, które sami sobie narzucamy. Oszukiwać samego siebie jest najłatwiej. Kostka czekolady? Przecież nikt nie widzi. Ćwiczenia? Ach, dzisiaj coś nie bardzo się czuję. Jako, że moja silna wola silną nie jest w ogóle, stoję sobie w miejscu z tym moim postanowieniem. I tłumaczę się przed samą sobą. Że zmęczenie, że jeść trzeba, żeby nie umrzeć, że czasu brakuje bo trzeba poświęcić go Młodemu i Małżonkowi, że nadciśnienie, że uraz śródstopia, że w sumie nie mam nawet nadwagi i generalnie podobam się temu komu powinnam się podobać, że szafa pełna ubrań, a jak schudnę to trzeba będzie zainwestować. Nieźle to sobie wykombinowałam. Tylko dlaczego kiedy spoglądam w lustro i na zdjęcia sprzed iluś tam lat to żal mnie ogarnia? Powiem tak – leser ze mnie. I leń do kwadratu. Chciałabym ale mi się nie chce. Najlepiej by było połknąć magiczną pigułkę i obudzić się o 5 kg lżejszą. Ba – nie dość że lżejszą to jeszcze z fantastycznie wypracowanym ciałkiem. Ale – choć nie rozumiem dlaczego – to tak się nie da.

Może zmiany w moim życiu zacząć od zmian w tej kwestii? Udowodnić sobie, że się potrafi? Hmmm. Nie wiem czy zdołam. Ale po raz enty postanawiam spróbować.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

piątek, 21 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  875 848  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Oto jest Kasia


Imię - Kaśka
Status - matka, żona i kochanka...
Dzieci - Tymoteusz
Dodatek do szczęścia rodzinnego - kot Eneasz zwany Pierworodnym.

Skończyłam Politechnikę Śląską na iście kobiecym kierunku czyli metalurgii. To, że tam wylądowałam to czysty przypadek. Ot zbieg okoliczności. Ale dzięki temu jestem teraz tu. W tym miejscu i z tymi osobami, które kocham nad życie.

Najważniejsze co jest teraz to fakt, że zmieniam priorytety...to co jeszcze kilka lat temu wydawało mi się niemożliwe jest teraz dla mnie najważniejsze. Chociaż czasami patrzę na tego małego człowieczka i dalej nie mogę uwierzyć, że jest... wyjątkowy, jedyny, mój! Co tu mówić - po prostu zwariowałam na jego punkcie :)

Na punkcie dużego też zwariowałam... właśnie kiedyś tam na uczelni. W najdonoślejszym dniu naszego życia - kiedy się poznaliśmy.

I tak sobie teraz w trójkę warujemy :)


Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Uwaga! Nieretuszowane!

Mój bloog w cyferkach

Odwiedziny: 875848
Bloog istnieje od: 3101 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Ogłoszenia

Pytamy.pl