Bloog Wirtualna Polska
Są 1 259 782 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Chodzenie po gruzie

piątek, 30 lipca 2010 8:51

Budzik. A co tam budzik - śpię dalej. Małżonek cicho szepcze mi do ucha „kochanie wstajemy". Odpowiadam, że ja dzisiaj nie idę do SZKOŁY. Nie chce mi się i już. Ale powoli się budzę. I zastanawiam się do jakiej szkoły nie chce mi się iść? Potem szybki maraton pomiędzy łazienką i kuchnią. Wszystko jest nie tak jako powinno. Młody nie chce wstać. Maskara rozmazuje się na oku i trzeba zacząć od nowa. Jest późno. Późno za późno. Młody demoluje umywalkę w łazience i zalewa podłogę - no tak, zdolne mam dziecko. Mi do głowy by nigdy nie przyszło żeby wyrwać rurę odpływową. I pewnie siły bym tyle nie miała. Kot zrzuca z blatu śniadanie. Omiatam wszystko tak, żeby było w porządku i wychodzę zapominając pewnie o kilku drobiazgach. Ale Młodego mam ze sobą, a Enek dostał jedzenie. Wodę zakręciłam, światło zgasiłam i zamknęłam mieszkanie. Na dworze leje. Parasol mi się psuje tak, że nic nie pozostaje jak tylko wyrzucić go do śmieci. Spodnie spadają z tyłka bo ostatnie starcie z gimnastyką i niepodjadaniem daje jakieś efekty. I nogawki mam całe mokre. Do tego wchodzę w kałużę i woda wlewa mi się do buta... To część mojego poranka. Do pracy dojeżdżam spóźniona i przemoczona. I jakaś taka nieobecna dzisiaj jestem. Bez sensu ten dzień. Piątek. Niby za chwilę weekend a wszystko idzie jak po gruzie. Mam mętlik w głowie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Świat jest piękny

środa, 28 lipca 2010 8:51

A jakże. Nawet jak jest tylko 12 stopni i leje niemiłosiernie. Okiem Młodego patrzę dzisiaj na świat - z perspektywy dziecka małe sprawy cieszą ogromnie. Kalosze na nogach, poranna przebieżka w kroplach deszczu... i poranna prasa. Środa, środa, środa. Dobrze zaczął się ten dzień. Mam nadzieję, że równie dobrze się skończy.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Okularnik

piątek, 23 lipca 2010 10:03

Wizyta kontrolna u okulisty za nami. Dumna byłam z Młodego jak nie wiem co. Po pierwsze lekarka była naprawdę zdziwiona, że tak łatwo poszło nam przyzwyczajanie Tymka do okularów. Tylko tydzień? Nie chce ściągać? Niemożliwe - uśmiechnęła się na to co jej powiedziałam. Widać nasze dziecko jakieś nietypowe jest. Po drugie Młody grzecznie patrzył tam gdzie Mu kazano i oczka reagowały we właściwy sposób. Potem pani doktor spytała czy Tymek coś mówi. Powiedziałam, że i owszem ale generalnie jest nieśmiały więc może nie chcieć współpracować. Ale spróbowaliśmy – dostał tabliczkę do ręki z rysunkami i fantastycznie nazwał wszystkie postacie. I zagadywał panią jakby ją znał od dawna. Następnie był test z tablicą oddaloną o odpowiednią odległość. Nazywał wszystkie wskazywane przez okulistkę rysunki do momentu kiedy nie widział już nic. Sprawdziliśmy zatem jak by ten test wypadł z mocniejszymi szkłami. Ale stopniując doznania – nałożyłyśmy Mu „magiczne okulary” ze szkłami +2 i pani doktor ponownie pytała co znajduje się na tablicy. Było dużo lepiej – Młody potrafił nazwać rysunki w dwóch kolejnych linijkach poniżej tej którą rozpoznawał we własnych okularach. Trzecią linijkę też próbował odgadnąć ale nie dałyśmy się nabrać – jak nic było tam zupełnie coś innego niż Młody chciał nam wmówić. Efekt wizyty – szkła do wymiany. Z +1 przechodzimy na +2. Kolejna konsultacja za trzy miesiące. Ale jest lepiej – oczka nie uciekają tak jak poprzednio. Tylko te lewe nie bardzo chce pracować i jak Młody ma patrzeć samym lewym i za czymś podążyć wzrokiem to podąża ale całą głową. I chyba nie zniwelujemy tej wady do zera. Trzeba się pogodzić z tym, że będzie okularnikiem. Choć to akurat mi osobiście nie przeszkadza. I myślę, że Młodemu również.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Skarżypyta bez kopyta?

środa, 21 lipca 2010 10:11

Wzięłam wczoraj Młodego na „spytki” co w żłobku. I dowiedziałam się, że „Hani płatała” bo Daniel coś tam zrobił, a Wiktor znowu kogoś ugryzł. Młody opowiadał chętnie o wszystkim co robią inne dzieci i o tym co On robił – że rysował, tańczył i śpiewał. I jak tak sobie rozmawialiśmy to wtrącił się Małżonek, że to jest bez sensu bo Młody skarży na inne dzieci. Jak to skarży? A nawet jeżeli, to co w tym złego? Dlaczego skarżenie jest złe? Czy na prawdę lepiej jest przemilczeć coś złego i nie być skarżypytą? Bez sensu te nasze podejście do informowania o zachowaniach, których nie powinniśmy tolerować. Tak samo jest w dorosłym życiu. Potrafimy tylko krytykować, narzekać i wytykać, że coś się nam nie podoba. Ale zrobić z tym coś – to już nie my proszę państwa. Przymykamy oko na drobne przestępstwa jak parkowanie w miejscu niedozwolonym czy krzyki i trzaski za ścianą. Bo to nas niby nie dotyczy. Bo tak nas wychowano. Wolność Tomku w swoim domku. Nie chcesz mieć problemów to się nie wychylaj. Jak nie chcesz mieć łatki „donosiciela” czy „skarżypyty” to siedź cicho i pozwalaj by jakiś Wiktor gryzł cię i bił inne dzieci. Chore to jest. Uważam, że Młody nie jest skarżypytą – po prostu reaguje na to co jest złe. I mówi o tym osobom, do których ma zaufanie i pewność, że coś z tym zrobią. A naszym obowiązkiem jest udowodnić Mu, że się nie myli.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Oczopląs czyli o tym jak temperatura może zmienić plan dnia

środa, 14 lipca 2010 13:13


Wczoraj o 4:50 Młody przyszedł do nas do łóżka. Generalnie wszystko było ok. „Żywuszczy” był jak rzadko o tej porze i chciał się bawić, a argumentacja, że jest środek nocy za nic do Niego nie docierała. I wszystko by było w jako takim porządku gdyby nie grzał jak piec podczas zimy stulecia. Małżonek przyniósł termometr i po pomiarze temperatury wmurowało nas do granic możliwości – 40,1 stopni. Rany. Krótka piłka – podjęłam decyzję, że nie idę do pracy tylko z Młodym do lekarza. A Tymek zamiast śniadania dostał mega porcję leków przeciwgorączkowych. O 7 obdzwoniłam wszystkich i załatwiłam sobie urlop. Potem pediatra. I tutaj znowu „zonk” – z Młodym wszystko dobrze, nic się nie dzieje i żadnej choroby znaleźć się nie udało. Dostaliśmy zalecenia odnośnie wychodzenia na słońce (kategoryczny zakaz), przyjmowania witamin, płynów i leków na zbicie temperatury i wróciliśmy do domu. I mieliśmy wolne od pracy i żłobka. A ja próbowałam ogarnąć ten mój mały żywioł. Bo kiedy dwulatek staje się w miarę samodzielny i potrafi dosięgnąć ręką wszystkiego co tylko chce oczy trzeba mieć dookoła głowy. Po wczorajszym dniu cierpię zatem na oczopląs. To, że Młody potrafi wziąć sobie owoc z koszyka w kuchni to pikuś – na szczęście wszystkie myjemy od razu. Ale to, że otworzył sobie lodówkę, wyciągnął półtoralitrową butelkę wody i przyniósł mi ją razem z kubkiem domagając się picia trochę mnie zaskoczyło. Tak samo jak zabawa termometrem i częstowanie się „dorosłymi” chrupkami spoczywającymi na stole. A myślałby kto, że chory, że 40,1 stopni gorączki sprawi, że będzie leżał, spał lub grzecznie czytał książeczki. Ja też tak myślałam – miałam nawet plan, że jak zaśnie przed południem to sobie posiedzę na Internecie. Może napiszę parę artykułów. Oj jakże się myliłam. Po pierwsze Młody gdzieś miał drzemkę. „Mamusiu nie ćem” odpowiadał za każdym razem i uciekał z łóżka. Po drugie energii miał tyle, że zaczęłam podejrzewać, że z termometrem coś jest nie tak i że On tej gorączki wcale nie miał. Po trzecie – moje dziecko nie bawi się samo. Wszystko musi robić w moim towarzystwie. A jak tylko próbuję odejść lub znikam na chwil kilka to po mieszkaniu rozlega się tupot małych stópek i nawoływanie „Mamusiu dzie jesteś? Mamusiu choć do mnie. Mamusiu!”. Odmówić nie sposób. Zwłaszcza, że po poszukiwaniach Młody dodawał rozwalające nawet największego twardziela „tocham cie”. A całkowicie pobił siebie kiedy położył mnie do sypialni, odpalił melodyjkę w książeczce i zaczął mnie łaskotać. A potem powiedział „Tasiu tocham cie bardzo moćno”. O chwili dla siebie w nieplanowanym dniu urlopu mogłam zapomnieć. Na drzemkę Młody skusił się dopiero o 15tej. A ja płynnie przeskoczyłam wtedy z roli mamy w rolę żony. I zrobiłam obiad :)

 

Dzisiaj w nocy znowu miał goraczkę. Ale mniejszą niż wczoraj. Do rana przeszła. I dlatego i On i ja wróciliśmy z niekłamanym zadowoleniem do normalnego planu dnia.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

piątek, 21 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  875 824  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Oto jest Kasia


Imię - Kaśka
Status - matka, żona i kochanka...
Dzieci - Tymoteusz
Dodatek do szczęścia rodzinnego - kot Eneasz zwany Pierworodnym.

Skończyłam Politechnikę Śląską na iście kobiecym kierunku czyli metalurgii. To, że tam wylądowałam to czysty przypadek. Ot zbieg okoliczności. Ale dzięki temu jestem teraz tu. W tym miejscu i z tymi osobami, które kocham nad życie.

Najważniejsze co jest teraz to fakt, że zmieniam priorytety...to co jeszcze kilka lat temu wydawało mi się niemożliwe jest teraz dla mnie najważniejsze. Chociaż czasami patrzę na tego małego człowieczka i dalej nie mogę uwierzyć, że jest... wyjątkowy, jedyny, mój! Co tu mówić - po prostu zwariowałam na jego punkcie :)

Na punkcie dużego też zwariowałam... właśnie kiedyś tam na uczelni. W najdonoślejszym dniu naszego życia - kiedy się poznaliśmy.

I tak sobie teraz w trójkę warujemy :)


Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Uwaga! Nieretuszowane!

Mój bloog w cyferkach

Odwiedziny: 875824
Bloog istnieje od: 3101 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Ogłoszenia

Pytamy.pl