Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 965 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

O kobiecie która jeździła koleją

czwartek, 24 czerwca 2010 9:19

Trzeba mieć nie po kolei w głowie żeby się wybrać na drugi koniec Polski na jeden wieczór. Trzeba mieć niesamowitą wolę walki, żeby dotrzeć do celu pomimo tego, że wszystko się wali i idzie nie tak jak trzeba. I trzeba mieć niesamowite szczęście by móc dotknąć i spotkać tych dla których postanowiłam przedrzeć się przez cały kraj. Mam wszystko o czym powyżej. Ale od początku. Sobota rano – o 4:15 dzwoni budzik. Jakieś 45 minut później wychodzę z domu uzbrojona w plecaczek i walizkę. I pełna optymizmu bo za 8 godzin będę w innym świecie. 5:16 pociąg do Katowic. Potem o 6:09 IC do Warszawy. Pochłaniam książkę odliczając czas do końca podróży. Na Centralnym jestem pół godziny przed czasem. Odnajduję Monikę bez trudu i razem czekamy na pks. Jeszcze tylko 4 godziny i spotkamy resztę ludzi. Podjeżdża autobus, otwierają się drzwi i … wszystko zaczyna się psuć. Pan zadowolony z siebie oznajmia nam, że nas nie zabierze bo nie ma miejsc. Nawet stojących. I znika za zakrętem. A my stoimy na przystanku ze szczękami na poziomie chodnika. I co teraz? Lecimy na dworzec wyszukujemy połączenie i decydujemy się wsiąść do pociągu do Kutna. Z Kutna do Torunia. Z Torunia do Olsztyna. Już siedząc w pociągu uruchamiam ludzi by sprawdzili nam te połączenie i powiedzieli dokładnie kiedy i na co się mamy przesiąść. Bo czasu na spisanie informacji na dworcu nie miałyśmy, a ja zapamiętałam tylko, że w Olsztynie będziemy dużo później niż powinnyśmy być. I sobie jedziemy. Z pociągu na pociąg. Cały czas w trasie i na telefonie. A potem jest coraz bliżej i bliżej celu. I nagle w Iławie stajemy. Normalnie na dworcu. Tylko to stanie takie za długie. Do wagonu przed nami wchodzi konduktor, coś mówi i ludzie zaczynają wychodzić z pociągu. Do nas nie zagląda. Ktoś wychyla się przez okno i przynosi wiadomość, że pociąg się zepsuł i będzie podstawiony kolejny. Zanim do tego dochodzi mija około 40 minut. Telefony się urywają – „Gdzie jesteście?” „Jak to gdzie? No przecież napisałyśmy, że się pociąg zepsuł. Jak to nikt w to nie uwierzył?” O 16:05 dojeżdżamy do Olsztyna. Na dworcu szukamy informacji czyli punktu zbiorczego pod którym ma na nas ktoś czekać. Ale… na dworcu nie ma informacji. Robi się zabawnie. Ale w końcu znajduje nas pan Zbyszek dumnie dzierżący Gazetę Olsztyńską jako znak rozpoznawczy. Ładujemy się do samochodu i ruszamy. I jedziemy, jedziemy, jedziemy. Strasznie długo jedziemy. „A przepraszam pana, czy my aby na pewno na Białorusi nie wylądujemy?” – pada pytanie. Na szczęście „przed granicą” skręcamy w las… i w końcu gdzieś po 17 dojeżdżamy do celu.

 

A potem? A potem było witanie, szkolenie i rozmowy. O wszystkim i o wszystkich. Generalnie za krótko i za mało. W drodze powrotnej przygód z komunikacją było mniej ale jednak. PKS do Warszawy się spóźnił, nie zdążyłam na pociąg, kolejny przyjechał do Katowic z opóźnieniem i ten do Tychów mi zwiał sprzed nosa. Ale i tak pięknie było. I wiecie co – warto było tak pojeździć sobie po Polsce. Naprawdę warto.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Skarżypyta, czarodziej i lampa wszystkiemu winna

poniedziałek, 14 czerwca 2010 9:13

Weszliśmy w etap wyobraźni dziecięcej. Młody już nie tylko odpowiada na nasze pytania, już nie powtarza tylko to co usłyszy, ale zaczął też wymyślać własne historie. W sobotę podczas wieczornej kąpieli usłyszałam pisk. Nie taki żebym podskoczyła ze strachu bo coś się stało, ale i tak pobiegłam zobaczyć co się dzieje. Młody siedział w wannie z taaaakimi oczami i wskazywał coś u góry. I takim oto sposobem dowiedziałam się, że mamy w domu czarodzieja. Takiego co to lata pod sufitem jak motylek. Młody trochę się go boi i piszczy jak czarodziej jest gdzieś obok, ale generalnie to dość miłe i pozytywne stworzenie. W końcu to czarodziej no nie? A wczoraj podczas zabawy w sypialni, która polegała na tym, że Młody zadawał nam zagadki typu „jak robi biedronka” a my musieliśmy to pokazywać okazało się, że wszystkiemu co złe winna jest lampa sufitowa. Młody uderzył się stopą o szafkę nocną. Oczywiście standardowo podstawił mi tę stopę do podmuchania. A potem podszedł do taty i zaczął opowiadać. Że lampa uderzyła Tymka, że „coś ty lampo narobił” i że „a ty, ty, tak nie wolno”. Lampa rzecz martwa to się nie obroni. Tata grzecznie wysłuchał żalów i zaczął drążyć temat w jaki to sposób lampa zleciała z sufitu lub Tymek podleciał pod sufit że taka kolizja była w ogóle możliwa. Niestety odpowiedzi nie uzyskał. Ale Młody dalej twierdził, że to lampa. A na koniec Młody zepsuł samochód. Przychodzi do mnie trzymając w rękach dwie części prosząc grzecznie „mama naprawi”. Mama naprawiła. W końcu wykształcenie techniczne do czegoś zobowiązuje. A Młody wniebowzięty opowiedział mi jak to tata zepsuł auto i lampa też coś tam zrobiła. Normalnie stałam jak zahipnotyzowana i słuchałam tych niestworzonych historii mających na celu zrzucenie winy na kogoś lub coś innego. Kombinator mały.


http://www.bebilon.com.pl/Mama-wraca-do-pracy/Mama-wraca-do-pracy



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Para buf, uff, uff... i z głowy.

czwartek, 10 czerwca 2010 13:52

I poskoczyłam z radości. Wczoraj o godzinie 16. Najgorsze, najdłuższe i najbardziej absorbujące zadanie w tym dodatkowym projekcie mam już za sobą. Ufff. Szkolenie pomimo tego że jechałam na nie absolutnie nieprzygotowana wyszło rewelacyjnie. Ledwo zmieściłyśmy się w czasie tak nam się grupa rozbrykała i zaangażowała we współpracę. Ale zacznę od początku. Wstałam w środku nocy (4 rano dla mnie to jest środek nocy głęboki jak nie powiem co), żeby się wyszykować na błysk. Według zapewnień pkp.pl  o 5:19 miałam pociąg do Katowic gdzie czekała mnie przesiadka na IC do Warszawy. I powiem Wam, że od samego początku coś szło nie tak. Spódnica spadała mi z tyłka więc zaczęłam kombinować z ubieraniem. Na co Małżonek stwierdził podnosząc jedną powiekę „a ty nie powinnaś już wyjść”. No to pobiegłam. Nie zmieniając tej spadającej spódnicy. Ale za to zabierając laptopa licząc na możliwość powtórki materiału w pociągu. Jak wpadłam na dworzec to się okazało że pociąg jest o 5:16 a nie 19 po… zdążyłam. A jak już siedziałam w tym IC to zadzwonił Małżonek z pytaniem, gdzie jest karta Młodego do lekarza bo Tymek ma ponad 38 stopni. No jak to gdzie jest? U mnie w portfelu. Portfel w torebce. Torebka na moich kolanach. Moje kolana w przedziale. Przedział w pociągu. Pociąg na dworcu. Dworzec w Katowicach. Katowice…. Ech. I odechciało mi się wszystkiego. Bo jak gdzieś jadę to zawsze, ZAWSZE coś się z Młodym musi stać. I przez całą drogę do Warszawy zamiast powtarzać to co mam powiedzieć to myślałam. I nawet laptopa nie wyciągnęłam z torby. Nie mówiąc już o tym, żeby go odpalić. I przez całe szkolenie stał sobie z boku chyba tylko po to by mógł chłonąć z otoczenia warszawskie klimaty. A jak już skończyłam, jak wróciłam do domu to była 20ta. Młody spał. Dzisiaj rano po gorączce nie było śladu. Za to były tęsknoty, przytulanie i niechęć do pójścia do żłobka bez mamy. Ale wyczarowałam chwil kilka by obeszło się bez płaczu. I zrobiłam tak, że poszliśmy razem… a w pracy to ja jestem dzisiaj tylko hologramem. Serce, dusza i myśli są zupełnie gdzie indziej.

 

I wiecie co jeszcze... tak sobie dzisiaj pomyślałam, że pomimo tego że znikam, że jeżdżę, że pracuję, że się spełniam zawodowo to uważam że jestem dobrą mamą. I jestem pewna, że Młody myśli dokładnie tak samo!


Ktos chce migdałka? Pochłaniam paczkę...



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Po co mamie pracującej dzień wolny?

piątek, 04 czerwca 2010 8:54

 

No i przysiadłam wczoraj by dokonać dzieła. Tak mi się nie chciało że… ale co zrobić jak mus. Znaczy się czasu jeszcze trochę miałam, ale mądrze doszłam do wniosku, że lepiej wcześniej niż później bo jak zostawię na ostatnią chwilę to pewnie coś się takiego stanie, że nie zdążę. I od śniadania zaczęłam okupować komputer. Z niewielkimi przerwami na obiad i chwile wytchnienia. I powiem Wam, że oduczyłam się już takiego poświęcania czasu w domu na pracowe sprawy. Że gdzieś umknęła mi zdolność systematycznego opracowywania jaką posiadałam na studiach. Pięć razy zabierałam się do przygotowania planu prezentacji. A skończyło się na tym, że i tak robiłam ja na żywioł. Mózg mi się gotował kiedy biegałam oczami po czterech dokumentach power pointa, trzech wordowskich i jeszcze książce rozłożonej obok laptopa. Ale jakoś dobrnęłam do ostatniego slajdu. I nawet wymyśliłam plan szkolenia. I ściągę dla uczestników szkolenia. I wysłałam to wszystko do koleżanki. A dzisiaj dostałam odpowiedź, że Jej się to podoba… znaczy się te moje 70 wypoconych slajdów. Teraz tylko muszę jeszcze sprawdzić ile czasu zajmuje nam przedstawienie tego co na obrazkach – bo szkolenie ma określone ramy czasowe i musimy się w nich zmieścić oraz wypełnić w całości. I żebym nie zapomniała, że mam jeszcze wymyśleć zabawy na rozluźnienie i też je wysłać. Rany. Ale zakręt.

 

A po głowie chodzi mi jeszcze jedna myśl – żeby sobie załatwić kurs języka włoskiego dofinansowany z UE. No bo kto jak kto ale ja na to mam aż za dużo czasu! Macie może ksero do arkuszy A0+… bo na mniejszym mogę się nie zmieścić :))))))

 

Młody zakochuje nas na śmierć... i Enek też. Tęsknoty nasze małe.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Rodzice marnotrawni

środa, 02 czerwca 2010 13:52

 

Strasznie się bałam tego spotkania. Że Młody będzie na nas zły, albo że nie będzie chciał wrócić do domu. Niepotrzebnie. Ta radość na nasz widok… bezcenne. Dosłownie skakał ze szczęścia. A potem wgramolił się do wózka i zarządził ewakuację do domu. I nie opuszczał już nas ani na chwilkę. A my powtarzaliśmy, że wróciliśmy na zawsze!!! 

I jeszcze jedna bezcenna chwila – widok twarzy Małżonka jak pędząc samochodem mówi „tęskni mi się za Tymkiem”. Kwintesencja bycia ojcem.

Moje jest w środku... nie potrafię póki co tego opisać..................

 

I najwazniejsze, że kolejny wyjazd już za mną. Trasa w dzikie rejony naszego kraju zwane Suwałkami jest jak najbardziej przejezdna i generalnie fajna. Dotarliśmy w niedzielę do hotelu w okolicach godziny 16. I standard tego czegoś co miało być hotelem zmiótł mnie z powierzchni ziemi. Wczesny Gierek to jest wypas w porównaniu z tym co nam zaoferowano za niebagatelne 150 zł. W szale łaskawości dostaliśmy nawet obiad gratis ale co z tego, jak to co spoczywało na moim talerzu usilnie próbowało mieć trzecie życie. A żurek doprawiono sporą ilością octu – nawet nie chcę myśleć po co. A w pokoju… sory. Wolę nawet nie pisać. Wymazałam to całkowicie z pamięci. Wiele w życiu podróżowałam, w wielu lokalach przyszło mi nocować, ale czegoś takiego NIGDZIE nie widziałam. A rano jak czekaliśmy na śniadanie (bo kuchnia się spóźniała) to tak przy okazji uratowaliśmy myszkę która utknęła w koszu na śmieci w holu recepcji. Ale co tam… przetrwaliśmy ten jeden nocleg. Potem wpadliśmy na zakład, zrobiliśmy zamieszanie i ruszyliśmy w drogę powrotną. Oczywiście wkopując się w Warszawie w gigantyczne korki. Ja nie wiem, ale mam wrażenie, że to miasto sponsoruje przemysł petrochemiczny. Tyle samochodów i wszystkie w ślimaczym tempie, albo co gorsza w ogóle nie posuwające się do przodu. Jak do Warszawy mieliśmy czas marzenie to w samej stolicy spędziliśmy 2 godziny. I jak już się przedarliśmy i nawet coś zjedliśmy po drodze, to do zawału i szewskiej pasji doprowadził mnie teść. Zadzwonił o 21.

 

„Cześć Kasiu gdzie jesteście?” wydukał lekko podenerwowany. Mnie ciśnienie podeszło do góry od razu. Nie tylko dlatego, że nie lubię z Nim gadać, ale wyczułam, że coś jest nie tak.

 

„Za Piotrkowem. Co się stało”.

 

„A to ile Wam zostało? Bo wiesz jest problem.”

 

„2 godziny. Co się stało?”

 

„Aha. 2 godziny. Przyjedźcie do nas bo jest problem”.

 

„CO SIĘ STAŁO?”

 

Zanim wydukał co się stało minęło z 5 minut. A ja zdążyłam mieć stan przedzawałowy i cała się telepałam. Pierwsza myśl– coś z Tymkiem. Trzeba przyznać teść potrafi budować napięcie. Nawet jeżeli chodzi o taką błahą sprawę jak… mięso. Myślałam, że Go zamorduję przez telefon. Gdyby to było tylko możliwe. Bo ten problem przez który omal nie zeszłam to lodówka, która się zepsuła i w której było nasze mięso. Ja wszystko rozumiem, ale od niedzieli to Oni mogli te mięso podzielić dwadzieścia tysięcy razy. I nawet mogli je zawieść do nas i wsadzić do naszej zamrażarki. Bo mają klucze. Ale nie – ja jako główny masarz rodzinny komisyjnie muszę przyjechać i dzielić na dwa. O północy po dwóch dniach spędzonych w drodze. I z perspektywą, że o 5 trzeba wstać i wyruszyć do pracy. Do dzisiaj mnie telepie.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

sobota, 21 października 2017

Licznik odwiedzin:  877 665  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

Oto jest Kasia


Imię - Kaśka
Status - matka, żona i kochanka...
Dzieci - Tymoteusz
Dodatek do szczęścia rodzinnego - kot Eneasz zwany Pierworodnym.

Skończyłam Politechnikę Śląską na iście kobiecym kierunku czyli metalurgii. To, że tam wylądowałam to czysty przypadek. Ot zbieg okoliczności. Ale dzięki temu jestem teraz tu. W tym miejscu i z tymi osobami, które kocham nad życie.

Najważniejsze co jest teraz to fakt, że zmieniam priorytety...to co jeszcze kilka lat temu wydawało mi się niemożliwe jest teraz dla mnie najważniejsze. Chociaż czasami patrzę na tego małego człowieczka i dalej nie mogę uwierzyć, że jest... wyjątkowy, jedyny, mój! Co tu mówić - po prostu zwariowałam na jego punkcie :)

Na punkcie dużego też zwariowałam... właśnie kiedyś tam na uczelni. W najdonoślejszym dniu naszego życia - kiedy się poznaliśmy.

I tak sobie teraz w trójkę warujemy :)


Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Uwaga! Nieretuszowane!

Mój bloog w cyferkach

Odwiedziny: 877665
Bloog istnieje od: 3193 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl